ACTAZ okazji dyskusji o ACTA, chciałbym dziś krótko przedstawić moje podejście do praw autorskich. Wydaje mi się, że podzielam zdanie większości Internautów, jeśli się nie zgadzacie to piszcie dlaczego.

Kupuję dużo książek. Za każdą płacę, bo mogę to zrobić przy pomocy jednego przycisku na Kindle. Kupuję gry. Dzięki Steam, GOG.com lub Origin mogę kupić grę i zagrać w nią moment po ściągnięciu gdziekolwiek jestem. Chodzę nawet do kina i teatru, bo dlaczego by nie! Ale mimo wszystko jestem za darmowym dostępem do treści.

Ksiązki

Wydawałoby się, że e-booki powinny być tańsze, prawda? Kij prawda, zamiast zamawiać cegłę z Amazonu nieraz kupowałem wersję na Kindle. 10% różnicy w cenie, a z racji na tematykę – i tak ponad $100 poszło w las. Mam głęboką nadzieję, że jakąś znaczną część z tego dostali autorzy, bo na to zasługiwali. Ale dlaczego mam płacić wydawcy? Rozumiem korektę tekstu, zakup czcionek itd. ale nie rozumiem pazerności i odbierania większości wpływów. W bibliotece (gdyby nasze kochane było na takie książki stać) mógłbym ją przeczytać za darmo.

Filmy

FilmUwielbiam filmy, seriale, pochłaniałbym tyle ile mogę. Ale nie mogę. Bo dystrybutor w Polsce opóźni premierę o 2 lata. Albo zamiast pozwolić mi zapłacić za dostęp online, woli poczekać aż jakaś stacja w następnej dekadzie dokończy serial (albo i nie), bo akurat chcą wrzucić Taniec z gwiazdami na lodzie. Gdzieś mam taki dostęp do kultury. Chciałbym na przykład pójść na Księgę Mormona, ale nie mogę. Oczywiście rozumiem, że to teatr i nie da się go doświadczyć na odległość. Ale czy napewno? Ja bym zapłacił pełną cenę biletu za transmisję online, albo nawet i retransmisję.

Jest jednak pewna rzecz, która sprawia, że nie chodzę do kina na polskie filmy. Otóż bywało tak, że Kino Femina puszczało polskie filmy z angielskimi napisami (swoją droga co z filmami dla dzieci bez tandetnego polskiego dubbingu?). Super, mogłem pójść z moją dziewczyną – oboje mogliśmy film zrozumieć. Ale skoro dystrybutorzy/kina mają mnie w nosie i w Warszawie nie mam gdzie obejrzeć W ciemności, to oświadczam publicznie – mam Was gdzieś. Poza tym nie wiem skąd dystrybutorzy biorą napisy, ale po zakupie Seksmisji musiałem ściągnąć kopię z napisami z jednej ze stron, żeby osoba ze mną oglądająca mogła zrozumieć o co w filmie chodzi.

Muzyka

Nie jestem jakimś wielkim fanem muzyki, ale powiem tylko tyle – nie mam odtwarzacza CD. Jeśli nigdzie nie mogę znaleźć piosenek, które mi się podobają w pliku o dobrej jakości (naprawdę chętnie zapłacę!!!), to nie dziwcie się, że jest piractwo. Szczególnie jeśli płyty są zabezpieczane przed kopiowaniem na dysk. Poza tym proszę mnie nie zmuszać do zakupu całej płyty, jeśli podoba mi się tylko jedna piosenka. To tak, jakbym przy zakupie piwa Żywiec musiał kupić wszystkie pozostałe produkty tej grupy. Bez sensu.

Prasa

PrasaI tu ciekawa sprawa. Na dole ładnie napisałem, że strona ma swoje copyrights. I nie uwierzycie jak wielu Internautów wymienia mnie jako autora, jeśli tylko publikują któryś z moich wpisów. I bardzo często pytają o prośbę! Jeśli znajdę coś nieautoryzowanego, to zazwyczaj nawiązuję kontakt, ale ogólnie rzecz biorąc – kopiujcie ile chcecie, tylko podajcie autora, link i jeśli łaska, to nie całość, dajcie swoim czytelnikom poznać też moją stronę. I no problemo.

Inna sprawa z moją pracą zawodową. Niezbędny jest dla mnie dostęp do artykułów naukowych, czyli de facto opłacenie usługi monopolisty EBSCO. Tak kochani, naukowcy nie mają nielimitowanego dostępu do wiedzy. Ostatnio na przykład musiałem znaleźć artykuł z czasopisma psychofizjologicznego z lat ’70. Mogłem kupić online za jedyne $45. Ale na szczęście była biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, która dała mi do niego dostęp dlatego, że jestem studentem. Ale to jedyne miejsce w Polsce, gdzie mogę znaleźć ten artykuł. Mieszkasz w Zakopanem? Tough shit, ruszaj tyłek, zapisuj się na studia i dopiero będziesz miał dostęp do artykułu, z którego nawet nie wiadomo, czy skorzystasz.

Wirtualna biblioteka

KsiążkiPatrząc na całość ochrony praw autorskich, marzę o wirtualnej bibliotece z mediami każdego rodzaju. Z chęcią zapłacę za materiały premium, ale niech te zasoby, które już są w bibliotekach, też będą online. To nawet nie chodzi o wygodę, ale trudno wymagać ode mnie podróż przez Polskę, żeby tylko przeczytać 5 stron A4 w bibliotece gdzieś tam. Dlatego nie zgadzam się z ACTA, ale (o ile dobrze zrozumiałem) zgadzam się z ministrem Bonim. Powinno się stworzyć zasady dostępu do treści. I nie widzę przeszkód (oprócz finansów oczywiście), aby Polska była pierwsza z naprawdę wypasionym dostępem online do zasobów bibliotek. Z tego też powodu mój skromny blog uczestniczy w blackoucie, który będzie mieć miejsce jutro.

Polskie seriale jakie są wie chyba każdy. Otóż mam na Collegium Civitas taki ciekawy przedmiot, co się Pracownia TV nazywa. Adam Kwiatek dał nam jako część pracy zaliczeniowej materiał, którym mieliśmy się pobawić i zmontować w logiczne coś.

Nie będę pisał, co pomyślałem kiedy po raz pierwszy zobaczyłem te sceny. Niech każdy oceni wedle własnej miary:

Oglądałem to chyba z 10 razy i za każdym razem myślami byłem gdzie indziej – serial po prostu nie moja bajka. Pomyślałem, że nigdy tych scen nie zmontuję w logiczną całość, wpadłem zatem na pomysł zmontowania trailera.

Nigdy do tej pory nie używałem programów typu Adobe Premiere Pro (swoją drogą mają bardzo przystępny cennik…). Obejrzałem więc trochę instruktażowych filmików na youtube o tym jak zrobić różne fajne efekty, kilka rad technicznych dał mi brat i zrobiłem z tego trailer jakiegoś fikcyjnego filmu:

Mam nadzieję, że mój pomysł na polski serial/film spodobał się Wam. Od razu mówię, że o oryginalnym serialu wiem tyle tylko, że jest o ratownikach, więc proszę mi wybaczyć, jeśli wypaczyłem ideę i przesłanie czyjegoś ulubionego tasiemca ;)

Na koniec proszę, żebyście podzielili się swoimi uwagami i komentarzami. W montażu nie mam żadnego doświadczenia, więc z chęcią się dowiem co o tym myślicie i czy Wam się podoba :)

17
lis
2011

Science-fiction

Wydaje się, że nauka rozwija się coraz szybciej. W mediach co rusz słychać o nowych, przełomowych badaniach. Często jednak dziennikarze nie wiedzą o czym piszą, naukowcy oszukują samych siebie, a my w to wszystko wierzymy.

Amerykańscy naukowcy odkryli…

invalidKupujemy w kiosku gazetę i zaglądamy na jedne z ostatnich stron – chcemy poznać kolejne osiągnięcia ludzkości w nauce. Czytamy: Naukowcy z Uniwersytetu … w … odkryli, że … ma wpływ na … . Jest to rewolucja w dziedzinie … , która rzuca nowe światło na … . Być może już za kilka lat … odmieni nasze życie. Przez chwilę wyobrażamy sobie jak świat będzie wówczas wyglądał, zastanawiamy się nad tym jak szybko rozwija się nauka i wracamy myślami do codzienności. Z czasem zapominamy o tym, co przeczytaliśmy – o fikcji, w którą właśnie uwierzyliśmy.

Pisałem o podróżach, pisać będę o nauce

Redaktorka jednej z największych ogólnopolskich gazet powiedziała mi kiedyś, że zna w Polsce tylko jednego dziennikarza, który pisze na tematy naukowe w czasopismach nienaukowych, samemu mając w tej dziedzinie wykształcenie. Owszem, brak wyższego wykształcenia w danej dziedzinie wcale nie musi oznaczać, że ktoś nie ma na dany temat pojęcia. Sam znam świetnych ekspertów, którzy rozległą wiedzę w danej dyscyplinie zdobyli we własnym zakresie.

Problem leży jednak w tym, że w codziennym dziennikarskim zgiełku mało kto ma jeszcze czas na zgłębienie tak ahumanistycznych dziedzin jak statystyka, matematyka, metodologia badawcza czy choćby stylów publikacji naukowych (np. APA, AMA, czy ACS). Pośpiech przed kolejnym wydaniem też tu nie pomaga.

Ile masła w maśle

Zanim przejdę do nauki, poruszę legendarną już wpadkę jednej z dziennikarek, która niegdyś na łamach Gazety Wyborczej oburzała się: W (maśle – red.) Śmietankowym Warmii tłuszczu co prawda 73%, ale nie podano, czy na 100 g, czy na całą kostkę, czyli na 200 g. Z Łaciatym to samo. Napis głosi: minimum 82% tłuszczu. Ale na ile? Nie podano. Masło Stołowe z Sokołowa Podlaskiego – 73,5% tłuszczu. Znów nie wiemy, czy na 100, czy na kostkę. Zwyczajowo na opakowaniach podaje się ilość tłuszczu na 100 gramów, ale konsument ma prawo tego nie wiedzieć.

Od razu uprzedzam, że w pełni się z tą panią zgadzam – konsument jak najbardziej matematyki znać nie musi. No chyba, że skończył już drugą klasę gimnazjum, wówczas zszokowany podrzeć może swój podręcznik.
Przeczytaj resztę tego wpisu »