FacebooklangJak większość Polaków należących w Facebooku do sieci Polska zauważyło, pojawił się projekt utworzenia polskiego front endu. Ale… czy warto?

Facebook to wielka firma zatrudniająca pół tysiąca pracowników i której przychody opierające się na ponad 70mln użytkowników sięgają szacunkowo 150 mln dol. Jest to strona, która w odróżnieniu od MySpace skupia wokół siebie grono osób lepiej wyedukowanych i zamożniejszych oraz działa bardziej pod kątem utrzymywania znajomości ze szkół / miejsc pracy / zamieszkania niż promowania swojej twórczości.

Niedawno Facebook otworzył się na ponad 20 nowych języków, w tym polski. Udostępniona została specjalna aplikacja, dzięki której każdy może mieć swój wkład w spolonizowaną wersję tego serwisu. Hurra! A może nie?

Początkowo zadowolony pomysłem zabrałem się ochoczo do tłumaczeń. Z czasem zauważyłem kilka sporych niedoskonałości:

  • Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy w momencie oglądanie powstającej polskiej platformy jest fakt, iż system tłumaczeń Facebooka nie został stworzony pod kątem języków bardziej złożonych niż angielski (czyli de facto większości). Co prawda reprezentujący Facebook Chad prosił o sugestie, jednak problem jest tak częsty, iż niemal na każdym kroku natkniemy się na takie kwiatki jak Wy razem HMC w czasie jesień w 2005. czy Wy zapisani byli na Psychology w 2007 roku.
  • Pojawił się również problem jak przetłumaczyć chyba najpopularniejsze słowo na Facebooku, tj. “poke”. W chwili obecnej po dłuższej dyskusji wśród tłumaczeń znajdziemy szturchania, puknięcia, pchnięcia, zaczepnięcia i tym podobne.
  • Brak kontroli i określonych zasad to chyba epicentrum tego chaosu. Facebook nie zatrudnił ani jednego Polaka do zarządzania tak wielkim przedsięwzięciem, przez co panuje kompletna anarchia tłumaczeń. Niby system głosowań jest dobry, ale nie wydaje się to eliminować obecnej wszedzie niekonsekwencji w tłumaczeniach. Poza tym Facebook nie wykazuje się nadmierną dbałością o eliminowanie niemożliwych do przetłumaczenia fraz.
  • W największym szoku byłem w momencie, gdy zaczęły mi się trafiać do tłumaczenia fragmenty takich dokumentów jak np. polityka prywatności. No nie wiem, ale jak dla mnie to aż się prosi, żeby znieść tam jakieś wielkanocne jajko :)
  • - No i na koniec trzeba się zastanowić czy w ogóle takie rozdrabnianie się na języki ma w ogóle sens. W końcu czy normalnym jest czytanie “Dorota M. zmieniła swoje o mnie na I am what I am – get over it!.“? Ja zapewne pozostanę przy prowadzeniu swojej strony w j. angielskim ze względu na znajomych, ale osobom które będą czytać o tym co robię w formie takiego misz-maszu współczuję.

Czy zatem nie jest zadziwiające, że tak wielka firma nie postanowiła skorzystać z profesjonalnego tłumaczenia? Tłumaczenie ok. 20 tys. fraz zapewne zajęło by trochę, ale wówczas serwis byłby językowo spójny, przetłumaczony z dbałością o gramatykę i interpunkcję oraz zapewne nie kosztowało by to więcej niż miesięczna wypłata dla jednego z pracowników. Oczywiście nie od dziś wiadomo, że osoby wnoszące coś swojego do produktu, będą mu bardziej wierne, ale czy naprawdę jest to jedyne wytłumaczenie?

Ten ciekawy krok ze strony Facebooka, który jako kolejny serwis skłania się ku coraz większym rzeszom polskich internautów, z pewnością jest rozsądnym rzutem rękawicy w stronę n-k.pl czy grona. Ciekawość mnie tylko zżera jak będzie wyglądał produkt końcowy :D

Podobne wpisy:
4 komentarzy do wpisu „Facebook otwarty dla Polaków”
  1. lavinka pisze:

    Sama zmiana mi sie podoba. Tłumaczenia się “dotrą” mam nadzieję. Lubię swój język i nie widzę przeszkód by anglojęzyzcny świat stał się polskojęzycznym światem :)

  2. karolka pisze:

    Marudzi Pan, Panie Bartku :P
    Mnie sie tam pomysl podoba i mysle, ze efekt koncowy nie bedzie najgorszy. Bardziej mnie martwi kiedy projekt wejdzie w zycie i czy faktycznie zostanie zakonczony :]
    Osobiscie i tak bede korzystac z Facebooka po angielsku. Glownie z przyzwyczajenia ;)

  3. mrówka pisze:

    Z kolei mi pomysł bardzo się spodobał. Z chęcią przystąpiłam do tłumaczenia- skromnego bo skromnego ale zawsze. Jednak w fakcie że każdy może dorzucić coś od siebie jest jeden wielki minus, mianowicie niekonsekwencja. Sama już nie wiem dlaczego widzę “Beata napisał”, jak spotkam się z “Beata napisał/-a” to chociaż czuję że serwis zaczyna tworzyć polska społeczność, ale… zdarza się i “Beata napisał(a)”. Oczywiście chyba obie formy są dopuszczalne. Ale wypadałoby to ujednolicić…

  4. tonid pisze:

    Ja z kolei ponarzekam na temat nieprofesjonalności samej aplikacji do tłumaczenia:

    1. Brak możliwości wyświetlenia danego tłumaczonego segmentu w określonym kontekście. Każdy tłumacz wie, że kontekst to klucz [nasuwa mi się tu mój ulubiony kawał o tłumaczach: Ilu tłumaczy potrzeba do wkręcenia żarówki? To zależy od kontekstu]. W niektórych przypadkach mamy podpowiedzi dotyczące kontekstu, ale _niektórych_. Nie zawsze też te podpowiedzi wystarczą. Powinna być możliwość wyświetlenia segmentu na stronie w miejscu, w którym segment się pojawia, obok innych [przetłumaczonych lub nieprzetłumaczonych] segmentów.

    2. Brak pamięci tłumaczeń i wyszukiwania kontekstowego. Załóżmy, że chcemy przetłumaczyć termin “poke” w jakimś kontekście i dopiero zaczynamy pracować z tą aplikacją. Jeśli nie było takiego samego segmentu, nie dostaniemy nawet podpowiedzi, jaki termin został użyty [jeśli terminu nie ma w glosariuszu, a w glosariuszu terminów jest niewiele]. Powoduje to ogromny chaos i stosowanie przez wiele osób różnych terminów oraz różnych standardów tłumaczenia podobnych do siebie segmentów. Rozwiązania używane w aplikacjach CAT wyeliminowałyby ten problem, ale podejrzewam że twórcy aplikacji Translations nawet w życiu nie widzieli Tradosa, WordFasta, OmegaT czy IBM TM/2… Co moim zdaniem źle świadczy o tym, kogo Facebook zatrudnia do pracy nad poszczególnymi elementami swojego serwisu.

    Zgadzam się również z Tobą, że brak “centralnego punktu zarządzania” jest w tym wypadku bardzo poważną wadą. Nie ma się do kogo zwrócić o poradę, o rozwiązanie kwestii spornych, a ponieważ nikt nie jest zmuszany do głosowania, poszczególne segmenty będą otrzymywać różną liczbę głosów niezależnie od tego, jakie terminy i standardy będą w nich używane. Doprowadzi to do poważnych niespójności.

    Słowem: jeśli tłumaczenie “społecznościowe” zostanie opublikowane “as is” bez zewnętrznej kontroli, to możemy spodziewać się żenującego poziomu. Jeśli zaś ktoś będzie potem całość musiał redagować, to… tak jakby sam tłumaczył to od początku. A właściwie gorzej, bo poprawiać chaotyczne tłumaczenie jest trudniej, niż tłumaczyć od początku.

    Dla mnie więc, ze względu na taką a nie inną konstrukcję aplikacji oraz brak zarządzania, rozwiązanie zastosowane przez Facebook jest bardzo złym przykładem, jak należy podchodzić do takich projektów. To zupełnie tak, jakby dowolny produkt open source nie miał osoby zarządzającej [lub osoba ta nie miałaby zielonego pojęcia o programowaniu], nie miałby standardów oraz odpowiednich narzędzi. W takiej sytuacji na przykład w Linuksie dwie aplikacje nie mogłyby współpracować ze sobą, bo nie używałyby ustalonych odgórnie protokołów, a każde okienko wyglądałoby zupełnie inaczej…

Zostaw komentarz

Jeżeli komentujesz u Wujka po raz pierwszy, wówczas Twój komentarz trafi do poczekalni. Nie martw się, będzie on przeczytany (upewnię się, że nie sprzedajesz viagry) i chwilę potem wyświetli się on właśnie w tym miejscu.
Jeżeli występują jakieś problemy, możesz opowiedzieć mi o tym co Ci się przytrafiło.